Sam pomysł to za mało
Kto z nas nie marzył o własnej firmie, pieniądzach i niezależności finansowej. Być sobie szefem i rządzić, a nie mieć szefa i być rządzonym. Rzeczywistość często jednak weryfikuje nasze marzenia i plany. Wielu ma przeróżnego rodzaju pomysły na biznes, ale niewielu udaje się je zrealizować. Mówi się, że pieniądz rządzi światem i jest w tym stwierdzeniu dużo racji. Własnego biznesu też nie otworzysz, jeżeli nie będziesz miał pieniędzy. Jak mówią dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. Podobnie rzecz się ma z dobrymi pomysłami.
Początek lat dziewięćdziesiątych, był nie tylko okresem transformacji polityczno-gospodarczej, w tym czasie jak przysłowiowe grzyby po deszczu zaczęły powstawać prywatne firmy. Wprawdzie w peerelu także działała tak zwana prywatna inicjatywa, ale były to tylko jej śladowe procenty. Dopiero początek lat dziewięćdziesiątych zapoczątkował rozwój prywatnego biznesu. Pomysły były różne, inicjatyw wiele, powstało bardzo dużo prywatnych fortun. Majątek jednak zrobiło niewielu. Obecnie majątek Kulczyka, najbogatszego obecnie Polaka, wycenia się na miliardy złotych. Najniżej oceniany przez tygodnik Wprost polski biznesmen, w rankingu na 100 najbogatszych Polaków zgromadził przeszło 200 milionów złotych. Ci biznesmeni mieli pomysł na własny biznes i go zrealizowali. Ci, którym się nie udało było znacznie więcej.
- Mnie się chyba udało, bowiem wprawdzie nie jestem na liście 100 najbogatszych Polaków, ale nie narzekam. Na początku lat dziewięćdziesiątych otwarte zostały granice wschodnie. Przede wszystkim z Ukrainą, z którą Polska Wschodnia handlowała najintensywniej. To właśnie na początku lat dziewięćdziesiątych dostałem pracę na jednej z granic wschodnich. Przemyt w tamtych czasach kwitł jak polne kwiaty na łąkach. Przede wszystkim przez wschodnią granicę Polacy i Ukraińcy tonami przerzucali masy papierosów oraz wszelkiego rodzaju alkohole. Magazyny ówczesnych urzędów celnych dosłownie pękały w szwach. Zwały butelek wszelkiej maści wyrobów spirytusowych, poczynając od najlepszych gatunków koniaków czy też whisky, na najzwyklejszych wódkach kończąc, sięgały sufitów wypełnionych po brzegi magazynów. Początkowo Urzędy Celne nie wiedziały, co z taka masą alkoholu zrobić i po prostu protokolarnie go niszczono. Dopiero później pojawiły się pomysły na sprzedaż zarekwirowanego alkoholu firmom, które zajmowały się później jego przetwarzaniem. I to był właśnie mój pomysł na własny biznes. Rzuciłem firmę w której pracowałem i założyłem własną /rozlewnię nalewek alkoholowych/, zainwestowałem w ten interes trochę pieniędzy, trochę własnych, ale przede wszystkim z kredytu. Warto jednak było. Kiedyś to wszystko działo się trochę na wariackich papierach. Teraz wszystko mam już poukładane i spokojnie prowadzę swój biznes – wspomina były celnik.
RAJ